Nie żyje Sonny Rollins miał 95 lat

Sonny Rollins na zdjęciu z 2012 roku /Katerina Sulova /PAP/CTK

Jeden z najwybitniejszych saksofonistów w historii jazzu, Sonny Rollins, zmarł w wieku 95 lat. Artysta, którego twórczość inspirowała kolejne pokolenia muzyków, odszedł w poniedziałek w swoim domu w Woodstock w stanie Nowy Jork."Z głębokim smutkiem i wielką miłością informujemy o śmierci Sonny'ego Rollinsa" - napisano na koncie artysty na platformie X. Muzyk zmarł w poniedziałek w swoim domu w Woodstock w stanie Nowy Jork. Nie podano przyczyny śmierci. Wpis opatrzono jego cytatem: "Uważam, że kiedy kończy się życie twórcze, trwa ono dalej, w kolejnym wcieleniu. Jestem osobą, która wierzy, że to życie nie jest wszystkim".Sonny Rollins, nazywany "Kolosem Saksofonu" od tytułu jego albumu "Saxophone Colossus" z 1956 r., był wielkim nowatorem jazzu. Uznawano go za jednego z największych saksofonistów jazzowych obok Charliego Parkera, Colemana Hawkinsa i Johna Coltrane'a. Miał na swoim koncie ponad 60 albumów. Do najważniejszych - obok "Saxophone Colossus" - należą choćby "Tenor Madness" czy "The Freedom Suite". Występował m.in. z Louisem Armstrongiem, Milesem Davisem i Billie Holiday. Sonny Rollins urodził się 7 września 1930 r. w Nowym Jorku. Dorastał w Harlemie, a mając kilkanaście lat zainspirowany twórczością muzyków jazzowych Fatsa Wallera, Armstronga i Louisa Jordana, zaczął grać na saksofonie altowym. W wieku 16 lat zmienił instrument na saksofon tenorowy i wkrótce trafił pod skrzydła Theloniusa Monka, który stał się dla niego muzycznym mentorem.Na początku lat 50., dzięki pracy m.in. z Monkiem i Davisem, Rollins został uznany za najbardziej zuchwałego i kreatywnego młodego saksofonistę tenorowego na nowojorskiej scenie muzycznej. W wydanej w 1989 r. autobiografii Davis podkreślił, że "Sonny cieszył się olbrzymią renomą wśród młodszych muzyków z Harlemu". "Ludzie w Harlemie i wszędzie indziej kochali Sonny'ego Rollinsa. Był legendą, niemal bogiem dla wielu młodszych muzyków. Niektórzy uważali, że grał na saksofonie na poziomie Birda. Jedno wiem na pewno - był blisko. Był zuchwałym, nowatorskim muzykiem, który zawsze miał świeże pomysły. Kochałem go jako muzyka, a do tego potrafił pisać jak szalony" - napisał.Sonny Rollins był pełen wątpliwości co do swej gry. W 1959 r., już po wydaniu pierwszych płyt, nie chcąc przeszkadzać swej ciężarnej sąsiadce, zaczął ćwiczyć na chodniku dla pieszych na moście Williamsburg w Nowym Jorku, gdyż nie był zadowolony z poziomu swej gry. Grał tam przez dwa lata, często po 14-15 godzin dziennie. Rezultatem tych poszukiwań był album "The Bridge", który choć nie zrywał całkowicie z jego dotychczasowym stylem, wynosił solówki i improwizacje artysty na nowy poziom. Mawiano o nim, że potrafił "wydobyć do dna treść konkretnej fazy należącej do melodii utworu". Powiedział kiedyś, że wychodzi na scenę z pustym umysłem i nie planuje swoich solówek, a jest jedynie świadom struktury utworu. Improwizację zostawiam całkowicie siłom wyższym. Czasem sam jestem zaskoczony, co z tego wynika - oznajmił. Miał na swoim koncie m.in. dwie nagrody Grammy, wielokrotnie zwyciężał w plebiscytach magazynów jazzowych. W 2010 r. otrzymał z rąk prezydenta USA Baracka Obamy odznaczenie National Medal of Arts, które jest najwyższym wyróżnieniem, jakie może otrzymać artysta w Stanach Zjednoczonych. Obama przyznał wówczas, że saksofonista zainspirował go do podjęcia ryzyka, którego w innym wypadku nigdy by nie podjął. Rollins był też innowatorem w wykorzystywaniu saksofonu jako instrumentu sekcji rytmicznej.Źródło: RMF24/PAP

Komentarze